Everest Przechadzka w Górkach

Katmandu ma lotnisko. Wiem, wiem. Mi też było ciężko w to uwierzyć. Wczesnym ranem jest nawet pełne ludzi, nie tak jak Modlin, czy Radom. Tutaj, niczym na wieży Babel, przeplataują się nacje i języki. O tej porze jeden za drugim wylatują samoloty do Lukli, wioski w górach – bazy wypadowej do spacerów u podnóża Everestu. Głównie ludzie lezą do Everest Base Camp (ostatniej bazy przed profesjonalną wspinaczką na Everest). Pogoda płata figle, i niecodzinnie latać można, niektórzy mówią, że czekają już kilka dni na swój lot. My mamy szczęście. Jeszcze nie wiemy, ale na tym nasze szczęście się kończy. Miał być Hiczkok to będzie. Od razu napiszę, że nasza wyprawa do Base Camp, zakończy się niepowodzeniem. Szczęśnie niebawem nas opuści. Na razie jednak jesteśmy zadowoleni. Siedzimy na lotnisku. Podekscytowani. Czekamy na nasz samolot. Jest! Wyświetla się ‘boarding’. Polecimy Yeti Airlines. Cuksy dają dla tych co się stresują.

052b001

052b002

Lot do Lukli, a właściwie lądowanie, cieszy się w internetach opinią mrożącego krew w żyłach. Dla nas było przyjemne. Samolot jest w miarę nowy, w dobrym stanie, pogoda super, leciało się fajnie, z widokiem Himalajów po lewej. Samo lądowanie też bezproblemowe. Dopiero na miejscu widzi się, że pas startowy jest dość krótki i do tego pod kątem nachylony. Jestem w stanie uwierzyć, że jak pada, lub wieje, to co słabsi nerwowo mogą sobie pokupkać spodnie.

052a001

052a002

052a003

052a004

Yeti, który nas przyleciał do Lukli. I niżej pas startowy, który nas wylądował.

052a005

052a006

Jemy drugie śniadanie, odganiamy się od szerpów, meldujemy się na komisariacie, i ruszamy. Pierwszy dzień naszego trekingu w Himalajach. Jej. Fanfary grają.

052a007

Na zdjęciach w necie kochane dzieciaki z gór są zawsze takie ładne i uśmiechnięte. Te które my widzieliśmy są zwykle brudne i zawsze, ale to zawsze, obsmarkane. Do tego zepsute przez turystów wołają o kasę, albo słodycze. Jedno zdjęcie zrobiłem, żeby odfajkować, i omijamy je później szerokim łukiem.

052a010

052a027

052a008

Nasz pierwszy wiszący most!

052a011

Nasze pierwsze spotkanie z jakami! Ups. Jaki chcą na most, my chcemy z mostu…

052a012

052a013

052a014

052a015

Idzie się super. Ubity, szeroki szlak. Wiszące mosty, stupy, bębny do kręcenia i kamienie z inskrypcjami. Jaki, dzieciaki, szerpowie. Wszystko super. No i góry! Nie da się opisać słowami, jakie to uczucie być otoczonym ośmiotysięcznikami. Idzie się często ze szczęką na ziemi i po piachu nią szura. Zęby sobie można popsuć od tego chodzienia po górach.

052a016

052b003

052a017

052a018

052a019

052b004

052a020

052b005

052a021

‘Pańskie oko konia tuczy.’ Znają to przysłowie w Himalajach, się okazało.

052a023

052a024

Idzie nam się zbyt łatwo. Do Phakding, wioski, gdzie przewodniki polecają się zatrzymać dochodzimy 2h przed czasem. Postawiamy iść dalej.

052a025

Iść dalej do Monjo. I to był chyba nasz błąd. Słońce w Himalajach znika za szczytami znacznie szybciej niż się człowiek spodziewa. Ruszył się zimny, górski wiatr. Wieczorem czuję, że atakuje mnie przeziębienie, które niestety mnie nie opuści aż do końca wyprawy. Na razie jednak spędzamy pierwszą nockę w Monjo.

052b006

Rano ruszamy dalej. Mosty, ach te mosty wiszące.

052a028

052a029

052a030

Dobule decker! Dwa mosty wiszące. Idziemy za tłumem. Do Everestu bierzemy górny.

052a031

052a032

052a033

052a034

Tuż za mostem, między drzewami w prześwicie można dojrzeć Everest.

052a035

052a036

052a037

Kilka godzin ostrej wspinaczki, z żarówką na niebie, ale udaje się. Docieramy do Namche Bazar. Zostaniemy tutaj dzień na aklimatyzację. Największa wioska w rejonie. Pełna noclegowi, i sklepików. Ostatnie miejsce by zaopatrzyć się w potrzebne wyposażenie. Szczekające psy, przechadzające się jaki. Namcze tętni życiem.

052a038

Noclegi są śmiesznie tanie. Jedzenie w cholerę drogie. Lokalni ludzie wymyślili taki dziwny system. Płacisz prawie nic za nocleg, ale musisz stołować się u nich na stołówce. Im wyżej tym ceny bardziej idą w górę. Nie ma tutaj transportu innego niż grzbiety jaków i plecy szerpów. Wszystko musi być wniesione, czasem przez kilka dni. Respekt dla Szerpów, bo czasem ciężko uwierzyć, co i ile kilogramów oni na swoje plecy wrzucają. Czasem we flipach-flopach.

052a039

Takie rzeczy tylko w Himalajach. Spotkaliśmy Ueli Specka, zwanego też Swiss Machine.  Tutaj możecie obejrzeć, kto to i co wyprawia na co dzień: LINK.

052a040

Namcze Bazar.

052b007

052b008

052b009

052a041

Kolejny dzień. Kolejna górska przechadzka.

052a042

052a044

052a045

052b012

052a046

052b010

052a047

052a048

052a049

052a050

052a051

052a052

052a053

052a055

052a056

052a057

052a058

Zatrzymujemy się na noc w drodze z Namche do Tengboche. W małym miejscu, gdzie są tylko 2 domki, i nic więcej. Warunki bardzo prymitywne. Jedzenie tragiczne. Błąd nasz. Porada dla innych: zatrzymać się można w każdym miejscu zaznaczonym na mapie. Warto jednak w tych większych wioskach. Warunki lepsze, wybór większy.

Kolejny dzień z mocnym podejście i jesteśmy w Tengboche. Klasztor buddyjski jest najważnejszym i największym w rejonie. Widok na okoliczne góry niesamowity. Jak się ma szczęście do czystego nieba, to pewnie nawet więcej niż niesamowity.

052b020

052b021

052b022

052b024

052b014

052b016

052b015

Mijamy Tengboche i na noc zostajemy w Deboche, w Rivendell Logde. Bardzo fajna, dobrze zorganizowana noclegownia. Zielone dachy na środku fotki. Czerwone ledwo widoczne na szczycie, trochę powyżej, to Tengboche. Niebieski dach na dole to pewnie chatka Yetiego.

052b025

052a060

052a063

052a065

Drzew coraz mniej. Właściwie prawie wcale. A zimą trzeba jakoś ogrzewać i gotować. Sprytni miejscowi suszą kupki jaków. Będzie czym palić w piecu!

052a066

Niestety przeziębienie daje o sobie znać na 4000 metrów nie jest łatwo się cholerstwa pozbyć. Następnego dnia próbujemy jeszcze iść w górę, ale idzie mi się jak ‘po grudzie’. Oddychać ciężko, zawroty głowy, co 50 metrów przystanek. Odwołujemy wycieczkę. Schodzimy w dół. Następnego dnia czuję się wciąż fatalnie, Ania wzywa pomoc. Nepalczycy mają wszystko dobrze zorganizowane, niejednego turystę z chorobą wysokościową, czy innym plugastwem, już z gór ściągali, więc organizują helikopter, dowożą do szpitala, badają, pakują w człowieka medykamenty. Tym samym lotem leci jeszcze zasłabnięty Japończyk, jeden lokalny człek i 5 worków płodów rolnych. Coś czuję, że tylko my i japonic dostaliśmy rachunki za ratunek. Całe szczęście mamy ubezpieczenie na takie akcje. Tutaj polecam ‘Planetę Młodych’ (LINK), bo naprawdę super to wyszło. Jeden telefon i wszystko dalej działo się już za naszymy plecami. Załatwione bez problemu. Dobrze dla nas, bo kilka tysiaków dolarów za taki lot to by się nam nie uśmiechało zapłacić.

052b027

052b028

052b029

052b030

Swoją drogą to co ta latająca maszyna zrobiła w 10minut, my człapaliśmy w kilka dni. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie. Everest pokonał nas tym razem. Wrócimy tu jednak kiedyś, bo szlak jest niesamowity, a widok Himalajów zapiera dech w piersiach. Tutaj, jak nigdzie indziej człowiek czuje się malutki pośród gór.

Odpoczywamy i kurujemy się kilka dni w Katmandu, i jedziemy do Pokhary. Nie udała się wspinaczka przy Evereście, uda się może z Anapurną.

5 komentarze

  1. Naprawdę fantastyczne zdjęcia , zaczynam mieć wyobrażenie jak to tam wygląda. Nie powiem – koń, helikopter, szpital może niekoniecznie …? Powodzenia w dalszej podróży bez nieprzewidzianych “przygód” -życzę Wam tego z całego serca !

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *