Melbourne Apostołowie, Płomienie i Koniec Australii

Wypożyczamy auto na jeden dzień i prujemy w stronę drogi, która się zowie Great Ocean Road. Drogi, o które piszą w przewodnikach, że to punkt obowiązkowy. Że piękna, urokliwa, i cudnie się jedzie. I że każdy fan czterech kółek z zachwytu nie wyjdzie przez dni kilka. A jakby tego było mało to jest to droga na końcu której czeka na nas 12 Apostołów.

065c001

Boom. Jedziemy, jedziemy i taki oto znak przed nami. Nie jest jednak aż tak źle. Płonie busz i, jako, że przy dobrych wiatrach ogień może się bardzo, bardzo szybko przemieszczać w Australii, to zapobiegliwi strażacy zamknęli nam część drogi. Czeka nas objazd kilkudziesięcio kilometrowy, i nasłuchiwanie radia. Jakby ogień zwariował, to my mamy nie wariować razem z nim, tylko spokojnie sobie uciekać. Jak najdalej od płomieni.

065d001

Witamy na drodze.

065c002

Wpis z Australii bez stworka to byłby wpis stracony, nie? Stworek musi być. Pierwszy przystanek i taki oto cudak wyszedł z zarośli. Jeż-o-cuś.

065c003

Jedziemy dalej.

065c005

065c006

065c007

065c004

Great Ocean Road trochę rozczarowuje. Owszem są plaże, jest busz, są ładne widoki nadmorskie, ale to wszystko można znaleźć w każdej części Australii. Po naszej przejażdżce z Brisbane do Sydney, nie odnajdujemy tutaj nic nadzwyczajnego. Może to dlatego, że tym razem naprawdę mamy mało czasu i musimy pruć do 12 Apostołów, a następnego dnia rano być z powrotem na lotnisku i oddać auto. Może to to, ale ja trzymam się wersji, że jednak rozczarowuje ta droga.

Całe szczęście jest 12 Apostołów. Oni ratują całą wyprawę. To jedno z tych miejsc, które cieczy oko i raduje serce. W tym miejscu czuć jeszcze chłód Antarktydy, i czasy kiedy były złączone te kontynenty razem i jednym krokiem można było przeskoczyć między nimi. Rozstały się na zawsze niestety. Oziębła Antarktyda odpłynęła w stronę bieguna, Australia w stronę równika. I tylko te klify po ich romansie pozostały. Klify i Apostołowie.

065c008

065c009

065c010

065c013

065c014

065c015

Najlepiej oczywiście dotrzeć na zachód Słońca.

065c016

065c017

Apostołów niestety nie ma już 12. Nie wszyscy wytrwali w wierze. Obsypali się z czasem. Nie ma jednak co płakać. W górę serca. Kolejni pewnie z czasem staną nieopodal. Taki to urok piaskowca.

065c018

065c021

Rozpychamy się łokciami, odganiamy skośnookich, bo czego jak czego, ale Azjatów tutaj nie brakuje. A punkt widokowy tylko jeden niestety. Całe szczęście, że mam te swoje centymetry i mogę aparat postawić na głowie Azjata i pstrykać nadal fotki. Słońce zachodzi. Ostatnie promienie. Azjaci kręcą filmy. Azjaci pstrykają kolejne 1000 zdjęć. Posyłają do rodzin, do znajomych, do obcych. Telefony nagrzane od tego przepływu informacji. Azjaci kiedyś zagotują Internet. Ja wam to mówię. A mówię jak jest.

065c024

065c027

065c029

Zapada zmierzch, czas na nas. Pędzimy z powrotem ‘przecinką’ w stronę Melbourne. Sprawdzamy przydrożne motele – pozajmowane. Nocleg wypada nam w aucie na parkingu pod klubem z grami hazardowymi, a śniadanie i toaleta w przydrożnym Makdonaldzie. Taki urok naszej podróży. Zdjęcia nie kłamią. 12 Apostołów na pewno warto zobaczyć. Great Ocean Road można spokojnie sobie odpuścić.

Chlip Chlip. Oddajemy auto. Popłakujemy sobie chwilę. Zaliczamy kolejne przejście przez lotniskowe bramki. To był już nasz ostatni przystanek w Terra Australis. Kangury, koale i inne stworzonka będą też na pewno płakać i tęsknić. Czas nam jednak lecieć dalej. Przed nami Nowa Zelandia i Mordor. Hobbity i Kiwi. Góry i owce. Setki owiec. Lecimy.

2 komentarze

  1. Za takimi widokami można zatęsknić .Podziwiam zdjęcia ale mogę sobie wyobrazić (albo nie mogę ) real.Powodzenia w zielonej NZ.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *