Chiang Mai Gotowanie, Rzeźbienie i Słoniowanie

Król może być tylko jeden. Jakbym miał wybrać najlepsze turystycznie miejsce w Tajlandii to bez wątpienia, przynajmniej dla mnie, będzie to Chiang Mai. W porównaniu z zakorkowanym, wielgachnym i uciążliwym do zwiedzania Bangkokiem, Chiang Mai wita nas swoją małomiasteczkowością, kompaktowością, lepszą (chłodniejszą nieco) pogodą, sympatycznymi ludźmi i wszystkim, co turysta może potrzebować do życia. Życie toczy się tu znacznie wolniej, a żyje się tu głównie z turystyki, i tu się o turystę dba. Co dla nas jest miłe. Duża konkurencja wśród miejscowych, dodatkowo sprawia, że nie jest tu strasznie drogo, stąd też wielu tzw. cyfrowych nomadów, wybiera to miasto, by pomieszkać tu kilka miesięcy. My dajemy mu tylko kilka dni. Na drugi raz zamiast bieganiny z Bangkoku, brałbym w ciemno więcej czasu w Chiang Mai. Samo miasto jest bardzo fajne, a dodatkowo znajdą się i atrakcje poza miastem, choćby takie ujeżdzanie słoni, o czym za slajdów kilka.

Na początek przechadzka szlakiem świątyn, które, ku naszej uciesze, można obejść z ‘buta’, a my preferujemy chodzenie nad inne formy zwiedzania. Zdecydowana większość buddyjskich kościółków zlokalizowana jest w centrum, właściwie jest ich tyle, że co 50-100 metrów wpada się na kolejną. Typowa świątynia wygląda tak:

082b025

Ta jedna zmieściła mi się w kadrze. Pozostałe są zwykle wciśnięte pomiędzy normalne budynki, kable, słupy, etc, więc ta jedna, trochę na uboczu, musi wystarczyć, i robić za godnego reprezentanta. Każda mniej więcej podobna. Diabeł tkwi w szczegółach, i każda świątynia ma takich swoich diabełków do odkrycia. Diabełków, smoków, mikro buddów, i innych rzeźbionych dziwolągów. Przechadzka szlakiem twórczej strony tajskich kościółków.

082b026

082b028

082b029

082b002

082b003

082b004

082b006

082b007

082b008

082b009

082b011

082b012

082b013

082b014

082b015

082b016

082b017

082b018

082b019

082b020

082b021

082b023

082b024

Dla tych co już zaspokoili swoją żądzę odkrywcy talentów artystycznych Tajów, mamy kolejną przygodę. W Chiang Mai można spotkać się ze słoniami. Jak ktoś jest weganem-rowerzystą, korzystającym tylko z produktów Apple, i na dodatek słucha Bono, i pija kawę tylko w Starbuck’sie, to pewnie dużo naczytał się w necie, że to niby źle się traktuje te zwierzęta w Tajlandii, i pewnie pojedzie do eko-cool-słoniowego-parku, gdzie ratują, przytulają, kochają i dbają wyjątkowo o słonie. Zapłaci dużo i nic nie pojeździ na słoniu. Uspokoi sumienie. Koledzy w spodniach rurkach poklepią po plecach. Jak ktoś ma twardsze serce, mniej kasy i chęć ujeżdzania słonia, to za 1/5ceny starbaksowego parku, pojedzie do zwykłej słoniowego parku/farmy, gdzie będzie mógł pojeździć, umyć i nakarmić, i gdzie będą go zapewniać, że słoniam żadna krzywda się nie dzieje. Czy to prawda nie wiem. Słonie ran żadnych nie miały widocznych. Niewygodnych pytań nie zadawaliśmy. Cieszyliśmy się pobytem. Ekipa słoniowa na ten dzień: 3 amerykany, 2 polaki (jeden robi zdjęcie), 2 niemcy. Dopasujcie sobie kto jest kto.

082ee002

Nauczyciel jazdy słoniowej. Tłumaczy nam różne komendy, która na nic są nam potrzebne, bo słoń i tak słucha się tylko tajskiego opiekuna.

082eee001

Pani z plemienia Longneck. Tak jak się spodziewałem wysoce się plemie skomercjalizowało. W 21 wieku żyją już tylko z turystów. To zdjęcie ze sklepiku na naszej farmie.

082e012

Banany dla słonia. Karmienie odfajkowane.

082e001

082e002

Ania dostała najmniejszego słonia do ujeżdzania. Słodki może jest, ale żadna frajda na nim jeździć. Okazuje się, że im większy słoń tym łatwiej i przyjemniej się jeździ. Mniej rzuca i spokojniejsze ruchy wykonuje taka bestia. Jeżdząc okrakiem na tym stworzeniu, po pół godziny jak emocje opadają, okazuje się, że siedzimy w niewygodnej pozycji, skóra słonia szorstka jak pumeks, i w głowie zaczynają pojawiać się myśli, że mogliśmy jednak zostać w domu i wiercić się na kanapie przed TV. Całe szczęście to nie takie safari, jak mieliśmy z wielbłądami (3 dni). Pewnie Tajowie wiedzą, że białemu człowiekowi godzina wystarczy. Dorzucą kąpiel ze słoniami, lunch na liściu bananowca, pływanie bambusową tratwą i starczy. Białas skacze z radości. To i my się cieszymy.

082e003

082e004

082e005

082ee001

082e006

082e008

082e011

082e010

082eee004

082eee003

Kolejną atrakcją na która sobie pozwoliliśmy: udział w szkole gotowania. Przed wyjazdem myśleliśmy, że częściej się to uda robić, ale mało gdzie kuchnia nas urzekała, albo żadne takie szkolenia nie były organizowane. Trochę nam zajęło, by wreszcie sprawdzić, jak to jest, i czy można w parę godzin nauczyć się coś gotować. W Tajlandii wszystko ładnie zorganizowane, to się skusiliśmy. Na początek zakupy na targu. Oczywiście organicznym.

082g001

Mięso mielone do odganiania much. Cudowny pomysł!

082g002

082g003

082g004

082g006

082g007

Ryżu wiele rodzajów. Do wyboru do koloru.

082g008

Nasz pan kucharz, a może lepiej go nazwać instruktor, bo czy on jakieś papiery na kucharza ma, to nigdy się nie dowiemy.

082g014

Spring rolls’y, słownik mi tłumaczy na Sajgonki. Papier ryżowy do zawijania dostaliśmy gotowy. W środek wrzuca się makaron ‘szklany’, dużo warzyw posiekanych, zawija, smaży szybko i krótko na głębokim tłuszczu. Gotowe.

082gg012

082gg013

082g010

082g012

Cała kuchnia tajska jest dość prosta. Najtrudniejsze zadanie to nie przesadzić z czili, bo o to łatwo. Na drugim miejscu będzie wykonanie bazy do sosu curry, którą ubija się moździeżem przez minut kilkanaście. Dobre na wyrobienie mięśni rąk. Dodać należy, że współczesne tajskie gosposie, kupują gotową, maszynowo zrobioną bazę w sklepie, ale nam kazali nawalać moździeżem. Tzn. ja się naiwnie zgodziłem walić tym młotem kamiennym. Po ujeżdzaniu słoni dorobiłem się zakwasów w nogach i pupie. Teraz doszły w rękach. Mówię wam ciężka robota to zwiedzanie.

082gg014

082g013

082gg015

082gg002

082gg003

082gg004

082gg011

082gg005

082gg006

Deser się robi.

082gg018

Włala! Smażone w panierce banany! Palce lizać.

082gg019

Co innego nasmażyliśmy? Słodki, lepki ryż z mango.

082gg022

Spring roll (Sajgonka). I czili.

082gg016

Zielone curry (po prawej). Smażony kurczak, dadajemy trochę sosu rybnego i ostrygowego, papkę zieloną (zdjęcie wyżej), mleko kokosowe, mieszanko, dodać warzywa, mieszanko i gotowe. Dodać do ryżu i zajadać.

082gg021

Stir fry. Przepis jak wyżej, bez papki i mleka kokosowego.

082gg007

Inny stir fry.

082gg008

Sjesta.

082gg017

I już. Odbieramy mikro książkę kucharską z przepisami z naszego szkolenia. Było naprawdę fajnie. No i teraz już możemy gotować po tajsku. Jesteśmy certyfikowanymi kucharzami tajskiej kuchni. Połowa składników, tak mi się zdaje, jest niedostępna w Polsce, co daje nam niezłe usprawiedliwienie, jakby ktoś nas prosił o przygotowanie curry w naszym kraju.

Chiang Mai jest ładne i nasz pobyt jeszcze się tutaj nie kończy. W kolejnym odcinku pokręcimy się po uliczkach, i obejrzymy tajskie tańce.

8 komentarze

    • Nie ma sprawy. tylko musisz się dowiedzieć, gdzie w PL kupić papierowy makaron, do zawijania sajgonek. Na tym kursie mieliśmy gotowy, pan instruktor powiedział, że można sobie kupić w cywilizowanych krajach. Chyba w PL nie był. 😀

  1. Dominik na słoniu minę masz dość rzadką ale przeżyłeś i nawet coś tak ugotowałeś – brawo ! Przyznam, że na talerzach jedzonko wygląda apetycznie. Jeśli chodzi o higienę słoni to chyba bym podziękowała ale słonie lubią wodę .

    • Ja się z taką rzadką miną urodziłem. – Jedzonko smaczne. – Pupci słonia nie trzeba myć. My tylko boczki poszczotkowaliśmy chwilkę. ^_^

  2. Ten “papierowy makaron” to papier ryżowy i z tego co wiem jest dostepny w Polsce. W Szwajcarii rowniez. Lepiej zapamietajcie sobie dobrze ten przepis na sajgonki 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *