Los Angeles Welcome to Murica

Podobno są ludzie, którzy lubią latać samolotami. Poza pilotami i stjuardesami. Gdzie ci ludzie? Ręka, noga w górę. Dla nas to zawsze katorga. Lot nad Pacyfikiem to chyba najdłuższy lot w naszej historii latania. 2 filmy, kilka szklanek wina, setki pozycji przyjmowanych w fotelu, jedna niska jakościowo drzemka. Kilkanaście godzin męczarni, by w końcu móc na nowo postawić nogi na ziemi. Uff… Przejście przez lotnisko wyjątkowo spokojnie, nie tego się spodziewamy po osławionych, drobiazgowych kontrolach z USA, gdzie można dostać za nic strzał z paralizatora od ochrony. Idzie gładko, otumanieni przedzieramy się przez lotnisko. Pamiętam wielki baner z portretem prezydenta Obamy i napisem “Welcome to Murica, bro!” Czy może coś innego podobnego tam było napisane. Nie pamiętam dokładnie. W każdym razie jakoś znajdujemy się na parkingu przed lotniskiem. Odpalamy Ubera i jedziemy do miejsca noclegowego.

Los Angeles. USA. Świat jakże odmienny od Azji, w której byliśmy jeszcze wczoraj. Różnice wszędzie. Pomijam już oczywiste oczywistości, jak biali i latynosi dominujący na ulicach, jak tysiące aut, i niską zabudowę. Te które podróżnik zauważa, jeszcze zanim wyjdzie na miasto pozwiedzać. Ukochanych przez obieżyświatów hosteli praktycznie brak. Jedynie tanie noclegi to motele, ale zawsze gdzieś na obrzeżach miasta. Hotele drogie jak cholera. Zatrzymujemy się, korzystając, po raz pierwszy podczas naszej wyprawy, z AirBnB. Danielle, właścicielka domu, wynajmuje duży namiot w swoim ogrodzie. Naprawdę. Pierwsze dni w Los Angeles spędzamy w namiocie w środku miasta. Tam odsypiamy JetLag’a. Nie jest jednak tak źle, jakby się mogło wydawać. Noce ciepłe, w namiocie jest pełnowymiarowe łóżko, mamy dostęp do prysznica, internetu, a w dodatku Danielle ma śmieszne pieski.

106b001

Jetlag z nas schodzi, wracamy do życia. Domek Danielle jest położony niedaleko plaży Santa Monica. Tam kierujemy pierwsze kroki. Całkiem ładnie tutaj.

106a001

106a002

106a004

106a005

To tutaj kończy się słynna trasa Route 66. Gdyby nie znak, kto by się poznał?

106a003

O tam, na wzgórzu – napis ‘HOLLYWOOD’!

106a007

Napis Hollywood – odhaczamy na liście. Przejście Aleją Gwiazd – pyk. Odhaczone.

106a008

106a010

106a009

106a011

106b003

106b002

Kolejna rzecz, która może przytłoczyć podróżnika w USA, to praktycznie niefunkcjonujący transport publiczny. Nikt tu nie bierze na poważnie środków transportu typu metro, czy busy. Chcesz gdzieś dojechać – bierz auto. I tak nie pozostało nam nic innego jak krakać razem z wronami. Powrót na lotnisko, gigantyczne wypożyczalnie z tysiącami aut, które spokojnie zajmują większą powierzchnię niż terminal lotniska, i gdzie człek musi stać w kolejce jak po cukier za komuny. Udaje się. ‘Weźcie sobie jedno z tych co zaparkowane są w alejce ‘Mid size’ mówi nam pracownik Alamo. Bierzemy. Jedziemy. Kilkupasmowa autostrada z lotniska zakorkowana. Auto za autem. Trzeba pozostać czujnym, żeby w kogoś nie walnąć. Jeden pas po lewej wolny. To pas dla aut z 2 osobamni w aucie, carpooling-owy.  Praktycznie cały wolny, a nas przecież dwoje w aucie. Przebijamy się na lewo. Skoro już mamy auto to jedziemy na pierwszą przejażdżkę – Mulholland Drive.

106b004

106a006

106b005

106b006

Na filmach Los Angeles zawsze tak ładnie wygląda. American Dream.  A w rzeczywistości?Amerykanie to mistrzowie propagandy. Setki tysięcy kilometrów asfaltu, miliony aut, dziesiątki kilometrów przedmieść z identycznymi domkami, gdzie mieszkając, nawet do osiedlowego sklepu musisz podjechać autem. Auta, auta, wielgachne pickupy, ryczące silniki, i godzinne korki. A do tego jedna gigantyczna chmura smogu. Kto normalny chciałby tu mieszkać? Widok z obserwatorium Griffin wcale, a wcale nie przypomina tego filmowego. Coś mi się zdaje, że komputerowo tą wielką chmurę usuwają.

106a013

Smog, smog zabija.

106a012

Rozczarowani wielkim amerykańskim miastem, robimy zakupy, pakujemy nowiutki 40dolarowy namiot, i materac do auta, i opuszczamy Los Angeles, machając na pożegnanie tej gigantycznej chmurze smogu. Nie możemy tu wytrzymać. Przeklinamy Miasto Aniołów, które dla nas jest Miastem Upadłych Aniołów, i grzejemy silnik w naszym Nissanie, oddalamy się jak najdalej, i jak najszybciej możemy od tego piekielnego miejsca. Ameryka. Przystanek Pierwszy. Żółta karta.

Dalej może być już tylko lepiej, nie? Wszak przed nami Dolina Śmierci.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *